"Felice była przekonana, że drugiego człowieka nie można poznać dopóty, dopóki nie odkryje się co najmniej jednej skrywanej tajemnicy i nie zobaczy trzymanego w ryzach potwora, który wyskakuje z nas, gdy tracimy nad sobą panowanie. Chyba, że ufamy komuś na tyle, aby opuścić gardę i pokazać nasze prawdziwe uczucia.[...]Nie liczy się pierwszy pocałunek, pierwszy raz w łóżku, pierwsze łzy rozczarowania, pierwsza kłótnia. Nie liczy się pierwszy otrzymany prezent będący dowodem, że postarano się dać ci coś, co uwielbiasz. Coś namacalnego i pięknego, aby przekazać siłę żywionego do ciebie uczucia.Mniejsza o to. Prawdziwa bliskość łączy dwoje ludzi wtedy, gdy wyznają sobie tajemnice. Gdy ona mówi o tym jak będąc harcerką ukradła pieniądze ze zbiórki na słodycze. Gdy on mówi, jak przespał się ze swoją była szwagierką tuż po rozpadzie jej małżeństwa. Jak w swoim zasmarkanym interesie wcisnęłaś swojemu szefowi gówniane kłamstwo, które raz na zawsze zmieniło relacje między wami i spaliło wszystkie mosty. Nadal dostajesz gęsiej skórki na myśl o tym łgarstwie. I wreszcie sekret dotyczący twoich rodziców, którego nigdy, przenigdy nie zamierzałeś nikomu zdradzić.Pewnego dnia jednak mówisz o tym swojej ukochanej.Cokolwiek zdarzy się potem, ujawnionej raz prawdy nie można z powrotem ukryć. Ona wie coś o tobie, a ty coś o niej. Wasze życie zmienia pozycję na wspólnej osi. Nie da się z góry przewidzieć czy jest to zmiana na lepsze czy na gorsze."
Jonathan Carroll
"Kąpiąc lwa"
Niżej zamieszczony tekst napisałam już dawno, bo około 2 lat temu. Teraz, będąc o wiele bardziej doświadczoną osobą niż w chwili, kiedy go pisałam, tym bardziej podpisuję się pod każdym niżej zamieszczonym zdaniem. Do pewnych rzeczy, rozważeń, przemyśleń trzeba dorosnąć. To ten moment :)
Przytoczony wyżej fragment nie jest przypadkowy. Jest
adekwatny to chwili, w jakiej się znajduję. Dziś chciałabym napisać o budowaniu
relacji z drugim człowiekiem, o zaufaniu, bliskości, odwadze pokazania swojego
prawdziwego oblicza. To ostatnie tak naprawdę bywa najtrudniejsze, wymaga
największego przełamania, szczególnie jeżeli bardzo długo starasz się udawać
przed otoczeniem.
Nie mam na myśli udawania kogoś kim nie jesteś, kreowania
się na zupełnie obcą Ci osobę, aby komuś zaimponować. A raczej skrywanie swoich
słabości, demonów, które tkwią w Twojej duszy. Zazwyczaj skrywasz je z prostego
powodu. Jest nim strach. Strach przed tym, że odkrywając prawdziwego siebie
narażasz się na to, aby ktoś Cię skrzywdził, wykorzystał, zabawił się Twoim
kosztem. Dlatego maska skurwiela bez najmniejszego cienia uczuć, towarzyskiego
śmieszka, błazna, który niczym się nie przejmuje bywa tak bardzo wygodna.
Sama ją zakładam. Czasami wbrew sobie, robię to tak długo,
że niestety przestałam nad tym panować. Twarz zimnej suki, sarkastycznej,
złośliwej zołzy. Tak jest łatwiej. Otoczenie widzi we mnie ową zołzę, typową
sukę nie do złamania psychicznie. Nawet nie mają pojęcia jak bardzo się mylą,
jednak nie mam zamiaru nikogo wyprowadzać z błędu, ponieważ uchodzenie za mało
wrażliwą, silną psychicznie sukę sprawia, że sama momentami zaczynam w to wierzyć.
Wtedy mam wrażenie, że ze wszystkim jestem w stanie sobie poradzić.
Tak naprawdę tkwi we mnie bardzo krucha mała dziewczynka,
wrażliwa, sentymentalna. Taka, która za bliskie osoby potrafi oddać wszystko.
Nawet świadomie jestem w stanie prowadzić do
psychicznej autodestrukcji jeżeli wiem, że komuś jestem potrzebna.
Altruistyczna naiwna masochistka, która ponad wszystko stawia dobro bliskich mi
ludzi. Tylko wąskie grono najbliższych mi przyjaciół zna tę wersję mnie.
Dlaczego?
Przekonałam się o tym, że nie warto. Nie warto całemu
społeczeństwu pokazywać skrywanego w sobie dobra. Ludzie są źli. Pozbawieni
jakichkolwiek skrupułów, sumienia czy empatii. Zdrowy egoizm co prawda jest
dobry, aczkolwiek większość otaczającego nas świata jest po prostu do szpiku
kości przesiąknięta złem. Ktoś, kto wyznaje jakieś wartości, ma swoje
priorytety, jest tak bezwarunkowo dobry i się z tym afiszuje zwyczajnie cierpi.
Tego typu tarcza ochronna bywa momentami wręcz zbawienna.
Dlatego również uważam, iż okazanie drugiemu człowiekowi
Twoich słabości, wyjawienie najgłębiej skrywanych tajemnic prowadzi do swego
rodzaju mentalnej nagości. Raz wyjawiona prawda na zawsze pozostanie częścią
łączącej was więzi. Wypowiedzianych słów nie można już cofnąć, przez co zdjętej
maski nie jesteś w stanie ponownie przybrać. W tym tkwi odwaga wymagająca nie
lada zaufania. Ujawniając najgłębiej skrywane przed społeczeństwem
przemyślenia, dręczące Cię najczarniejsze myśli, ukazujesz swoją kruchość. Sam
sobie uświadamiasz, że tak naprawdę nie jesteś niezniszczalny. Zdajesz sobie
sprawę z własnych lęków, stajesz z nimi twarzą w twarz, ponieważ odważyłeś się
w końcu aby druga osoba tkwiące w Twojej duszy demony odkryła i jednocześnie
pozwalasz na to, żebyście razem starali się je pokonać i doprowadzić do
uleczenia Twojej duszy.
Nie ma innego sposobu na budowanie bliskości, zaufania,
dojrzałej relacji. Zakładając maskę nie pozwolisz na to, aby druga osoba Cię
poznała. Bez ukazania tych słabości nie dopuścisz do tego, aby ktoś odkrył
tkwiący w Tobie delikatnie tlący się diamencik, który wręcz błaga, aby ktoś go
odkrył i oszlifował jednocześnie wydobywając z Ciebie Twoje prawdziwe piękno.
Warto zaryzykować i mentalnie się przez kimś obnażyć. Jest
to jedyny znany mi krok do bycia szczęśliwym.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz